Pustka w głowie i w sercu, to co było wtedy we mnie, tej nocy kłębiące się w mojej głowie myśli nie pozwoliły mi zasnąć. Nie poszłam do szkoły. Zadzwonił do mnie przyjaciel. Dlaczego Cię nie ma ?- zapytał, czy coś się stąło, może wybierzemy się na pizzę ? Nie nie chcę.-odpowiedziałam łamiącym się głosem. Boże, ile razy mam Ci mówić, że jesteś dobra taka jaka jesteś, nie musisz się odchudzać. Nie chcę-powtórzyłam, jestem zmęczona. Wyłączyłam się. Wydaje mi się, że taka była prawda, nieprzespana, przepłakana noc sprawiła zapewne, że nie miałam ochoty pokazywać się nikomu na oczy. Spojrzałam w lustro toaletki. Pomyślałam, podkówki na pół twarzy, czerwone oczy, wampir. Jestem jak samotny, smutny wampir. Nic nie mam. Jestem do niczego, wszystko zniszczyłam, jak zwykle. Jak zwykle jestem niedorajdą. Niechciana, nie lubiana, winna. W moich uszach zabrzmiały słowa piosenki Chylińskiej. Nakarm swą ciekawość, daj mi prawo abym ja, mogła Ciebie bawić, mogła Ciebie zbawić,Mogła w końcu zabić Cię, bo kiedy tylko staję się, zbyt ludzka niż byś tego chciał wtedy oto widzisz, że, jesteś tak jak ja, Nie jest źle, ja jestem winna, Dobrze jest,Zawsze będę winna... Zanuciłam, a para z moich ust zrobiła ślad na lustrze. Rozpłakałam się, resztki pudru, które zostały na toaletce, zmieszały się z moimi łzami i utworzyły szarą breję, którą rozmazałam ręką po jasnym meblu. Chyba Przyjaciel czuł, że ze mną jest coś nie tak. Zadzwonił do mnie jeszcze raz. Czy napewno wszystko w porządku. Usłyszał ciszę. Powtórzył pytanie jeszcze raz. Odpowiedziałam, ze łzami w gardle, że nic nie jest w porządku opowiedziałam mu historię z poprzedniego wieczoru. Głos mi się złamał, zaczełam płakać. Zmieszał się. Nie płacz już, powiedział, czy ty jesteś nienormalna, przecież on mógł Cię zabić. Mam nadzieję, że nic Ci nie zrobił. Pokiwałam głową. Lecz Przyjaciel nie mógł tego widzieć. Nie, nic, przecedziłam przez zęby. Wiesz co, czuję jednak, że musimy się spotkać, przyjadę do Ciebie, dobrze zapytał retorycznie. Nie nie zawracaj sobie głowy, powiedziałam, wszystko ze mną w porzadku, tylko trochę mi smutno, myślałam że to wszystko coś dla niego znaczyło, usłyszałam po drugiej stronie syk : Faceci. .... Młoda, czy ja Ci nie mówiłem, żebyś uważała. Czy ty się z nim przespalaś ? Mieliście chociaż gumkę ? Powiedział umoralniająco. Głupi jesteś, nie uprawialiśmy seksu. Nic nie było. Tak już Ci wierzę, powiedział. Naprawdę, zaczełam się tłumaczyć. Chyba zmieniłam trochę ton, bo powiedział widzę, że już Ci lepiej, to może jednak przyjadę i przywiozę coś dobrego. Pogadamy. Rozłączył się. Wiedziałam, że przyjedzie. Zawsze jest przy mnie, czy jest mi dobrze czy źle. Czasem razem wychodzimy do knajpy. Nikt mnie nie rozumie, dlaczego zadaję się z gejami. To takie nienormalne. W Polsce nie ma tolerancji. Nie ma tym bardziej akceptacji dla tego środowiska, a przecież rodzimy się z daną orientacją seksualną. Nikt sobie jej nie wybiera. Nikt tego nie tworzy. Przyjaciel jest gejem, ale jest najlepszym człowiekiem jakiego znam. Zawsze gdy potrzebuję jest przy mnie wbrew wszystkim i wszystkiemu. Poznałam go na studiach. Przedstawiła mi go koleżanka, której był sąsiadem, powiedziała To najlepszy człowiek jakiego znam. Spojrzałam na niego na uniwersyteckim korytarzu i uśmiechnęłam się szeroko. Kiwnął głową. Miło Mi. Mi również powiedziałam. Do zobaczenia, może będę u Was studiował od nowego roku akademickiego, jestem na Stosunkach Międzynarodowych, więc to bardzo pokrewny kierunek. Zrobię specjalizację w kulturze europejskiej, ale do tego potrzebna mi jest europeistyka. Zapraszamy, uśmiechnęłam się ponownie. Zostałam sama z książką na kolanach, było późne popołudnie, przygotowywałam się w ostatniej chwili do zajęć. Czytałam denny podręcznik nagryzmolony, przez życiowego niedorajdę, jak mi się w owej chwili wydawało. Jakie to niesprawiedliwe oceniać tak ludzi. Ale taka byłam. W głowie wydawałam opinię na temat ludzi, których nie znałam. Nieidealna. Nienormalna. Całkowicie odrealniona osoba. Ja. Przyjaciel od razu mi się spodobał, był miły, otwarty, trochę jak ja, w wersji męskiej. Niewielki człowiek z wielkim sercem. Może nieidealny. Ale zaistniał w moim życiu od tamtego czasu. Często obecnie dla niego śpiewam, gdy razem wychodzimu podrzeć koty na karaoke. Przyjechał. Przywiózł wódkę. Masz, wsadź do lodówki, napijemy się, jak się schłodzi, może to poprawi Ci humor. Przecież wiesz że nie piję syknęłam przez zęby. To ja się chociaż napiję. A ty możesz popatrzeć, tak jak zwykle. Spojrzałam na niego przenikliwym wzrokiem, przytaknęłam. Dobra. Usiadł. Gadka umoralniająca starszego brata. Rozpłakałam się. Nienormalna jesteś, jeszcze przez takiego palanta płaczesz. Daj sobie spokój. Choć wyjdziemy do klubu, tylko się ogranij, bo siedzieć do osiemnastej w ciuchach z poprzedniego dnia z rozmytym makijażem nie wypada. Nie, nie chcę nigdzie wychodzić. Powiedziałam. Dobrze. Chodź, pokaż mi szafę, zaraz coś dla Ciebie wybiorę. Otworzyłam olchową szafę z przesuwanymi drzwiami w pokoju, który potocznie nazywam garderobą, jest tam tylko szafa okno, które oświetla ten mały pokoik i łóżko, dla gościa, który byłby przypadkowo ponadprogramowy, i nie starczyło by dla niego miejsca w innych pokojach. Łóżko tam stojące, to ciężka stara wersalka, obita szorstką tapicerką w kolorze musztardowej żółci. Usiadł na niej. Przebieraj się już. Masz ta koszulka jest fajna. Wyjął czerwony męski t-shirt z białym napisem Hotter than the Dynamite i załóż to tego te jeansy. Wyciągnąl sprane granatowe jeansy z dwoma dziurami i wieloma przetarciami. I chodź do cholery na spacer. Inaczej nigdy nie wyjdziesz z tego domu. Odpowiedziałam zza drzwi łazienki, że nie mam ochoty. Nie mędrkuj tylko się ubieraj, powiedział. Wyszłam. Odetchnął, Wyglądasz o niebo lepiej, zbieraj się wychodzimy, podszedł do lodówki wyciągnął wódkę. Chodź. Pakuj tyłek do samochodu, jedziemy na Starówkę.
***
Postawił samochód w ciemnym kącie ulicy przy Rynku. Dawno nie miałeś kapsli na kołach. Mruknęłam. Przestań. Mandat, to nie majątek, a jest ciemno. Myślę, że patafiany nie będą zwiedziać miasta o tej porze. Oj jeszcze się zdziwisz. Pomachałam mu palcem przed nosem. Trudno, nie będę się przejmował w tej chwili mandatem. Powiedz mi co się stało jeszcze raz. Nie chcę o tym gadać. Odpowiedziałam. Jestem głupia i tyle. Liczyłam na coś więcej, a on mnie perfidnie wykorzystał. Straciłam rezon. Zaczęłam szlochać. Chodź do pizzy, mam ochotę na pepperoni z podwójnym serem. Zmienił temat. I nie rycz, bo zaczyna mnie to wkurzać. Miałaś się przecież uspokoić, przyciągnął mnie do siebie. Miałam na sobie jeansy, które dla mnie wybrał, czarną długą kurtkę puchową i czarno-rózowe trampki Nike. Spojrzał na mnie. Nie miałaś lepszych butów ? Zapytał z przekąsem. Zresztą wyglądasz trochę dziwnie, trampki i kurtka puchowa na tą porę roku ? Kobieto, zimno jest, przecież wiesz, że nie możesz się przeziębić. Spojrzałam na bok, śnieg leżał w kącie między kamienicą a brukiem. Trudno, powiedziałam zakładając kaptur od kurtki obszyty brązowym futerkiem z lisa. Nie obchodzi mnie to. Po co żyć ? Jak Ci nic nie wychodzi. Przestań, dobra. Spojrzał na mnie ze złością. Jak to Ci nic nie wychodzi ? Jesteś na dobrym kierunku. Pracujesz, wiele osób marzy, żeby mieć to co ty. Schylił się w kierunku kupki śniegu leżącej nieopodal. Uformował kulkę i rzucił nią przed siebie. Wiesz do czego jestem zdolny ? Uśmiechnęłam się. Nie, nie wiem. Odpowiedzialam nadal się uśmiechając. Nie wiesz? Złapał mnie. I wepchnął w śnieg. Pozbierałam się. Chodź na tą pizzę, bo mi wcale do śmiechu nie jest. Jest mi zimno i w dodatku przez Ciebie, jestem mokra. Przesadzasz. Powiedział. Zdjął szalik z szyji i dał mi go. Masz, okręć się chociaż tym, bo zaraz będziesz leżeć chora. Tak , tatusiu. Powiedziałam z przekąsem. Z jednej strony denerwowało mnie to, że w owym czasie, tak się mną przejmował. Może to ten nastrój wprawiał mnie w zakłopotanie. Dotarliśmy do pizzy. Wnętrze typowe dla sieci. Beżowe skórzane kanapy, drewniane krzesła, pomalowane na ciemnobrązowy kolor, podobnie jak stoliki. Niewielkie lampy oświetlające salę z krwistoczerwonymi ścianam. Na środku sali bar sałatkowy. Duża taca, wysypana zmielonym lodem. Na niej różnorakie miseczki, pełne warzyw, sałatek i surówek. Dodatkowo na każdym z rógów miseczki z sosami. Nad barem, na drewnianej półce, pasującej do wystroju wnętrza, szkliły się butelki z ziołami, zalanymi oliwą z oliwek. Na przeciwko, półeczka z winami. Przy wejściu, mały stolik z dwoma kieliszkami, szklącymi się w blasku lampki, która również oświetlała koszyk, wyłożony kremową serweta, z lekko pomarszczonymi, od braku wilgoci i z powodu oświetlenia, ciepłym światłem, pomarańczami. Kelner zaprowadził nas do stolika. Przyjaciel wziął moją kurtkę i razem ze swoim pikowanym czarnym płaszczem zawiesił na jednym z wieszaków. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział, zabawnie wyglądasz w tym zestawie. Spojrzałam na niego z politowaniem. Przestań. Mi wcale nie jest do śmiechu. Usiedliśmy w kącie sali, tuż za mosiężnymi wieszkami, pozasłanianymi okryciami wierzchnimi gości. Spojrzał na karty rozłożone z dwóch stron stolika. Na co masz ochotę zapytał. Przecież wiesz, że tu nie jadam, śmieciowe żarcie, powiedziałam. Dobra, to ja wezmę średnią pepperoni, a ty może chcesz chociaż barek? Nie wiem. Nie mam ochoty jeść. Odpowiedziałam. Do stolika podszedł kelner. Ubrany na czarno, miał przyczepioną plakietkę z imieniem do prawej górnej części swojego polo. Tomek. Przeczytał głośno przyjaciel. Proszę przestać sobie żartować. Odpowiedział kelner. Widocznie nie był tego dnia w humorze, zupełnie tak jak ja. Zauważyłam tylko, ze miał brudny bordowy fartuch, być może humor popsuła mu wywrotka z jedzeniem ? Zaczełam się po cichy nad tym zastanawiać. Co państwo zamawiają ? Powiedział. Skinęłam głową w stronę przyjaciela. Pepperoni średnią, sos pomidorowy i barek sałatkowy. Chrząknęłam. Mówiłam ci przecież, że nic nie chcę. To jak? Zapytał kelner. Barek i pepperoni poposzę, tak jak już mówiłem, powiedział przyjaciel. Nic do picia ? Ani żadnego deseru? Narzucił kelner. A tak, dzbanek mrożonej herbaty, tylko nie Ice Tea bo to świństwo, tylko takiej domowej, macie tu taką. A tak tak, powiedział kelner, innej w dzbanku obecnie nie podajemy. To poprosimy dopisać to jeszcze do zamówienia. Zapraszam do barku, tam jest miseczka, może sobie pani sama nałożyć. Dziękuję. Odpowiedziałam. Pracownik restauracji odszedł od naszego stolika. Spojrzałam na przyjaciela. Przecież Ci powiedziałam, że nic nie chcę. Skrzywiłam się. Uspokój się dobra. Dzisiaj ja stawiam. Ale to nie chodzi o kasę, przecież wiesz. Powiedziałam, podnosząc sie z krzesła, i podchodząc do barku. Kilkanaście fajansowych bialych miseczek, na lekko przechylającym się stosiku. Wzięłam jedną. Spojrzałam na miseczki z warzywami, nałożyłam trochę kukurydzy z puszki, groszku, czerwonej kapusty, trochę sałatki bawarskiej i makaronu, sosu czosnkowego i tysiąca wysp, dorzuciłam świeżo wyglądającą marchewkę, która aż się prosiła, aby po nią sięgnąć, niemal czułam jej smak i chrupkość w ustach. W szczypeczki ujełam kilka paseczków selera naciowego i ogórka, rownież pokrojonego w paseczki, położyłam to na mały stosik, który utworzył się z surówek, groszku i kukurydzy. Podeszłam do stolika. Postawiłam pełną miseczkę na środku. Kelner w czasie kiedy mnie nie było. Postawił na ciemnobrązowym stoliku dwa białe, fajansowe talerze, wąski, wiklinowy koszyczek wyłożony dwoma białymi, papierowymi serwetkami, z dwoma zestawami sztućców, składających się z noża i widelca, zrobionego z matowej stali nierdzewnej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz