niedziela, 5 maja 2013

Do góry nogami

Majówka się skończyła, nie było mnie tu rok, wszystko, a może prawie wszystko się zmieniło. Czy na lepsze tego nie wiem. Znów sobie zadaję pytanie, czy ten ktoś to jest osoba, którą pokocham, z którą będę dłużej, albo tak długo jak on się tego po mnie spodziewa. Nie wiem. Chciałabym to wiedzieć. W głowie raczej mam emocjonalną pustkę, niż coś co przypomina miłość. Byłam w Zakopcu. Krupówki pełne ludzi łażących w tą i z powrotem bez celu, przez psią aurę. Ciągły deszcz uniemożliwiał nawet konkretne wyjście w góry. Wielu ludzi było zdegustowanych stratą pieniędzy, i ilością knajpek i kiczowatych straganików miejscowych, którzy jak się wydaje tylko z tego żyją. Straganiki nie mają nic wspólnego z tradycja gór. Nic. Wiszą na nich pluszowe baranki, proce z Chin i całkiem ładne delfinki wyprodukowane w Tajwanie na potrzeby oceanarium w Gdyni. Dzieciaki wrzeszczą że chcą jedno a potem drugie. Nie chcą do wody, a potem nie chcą z wody. Wrzeszczą, że są zmęczone, a potem wrzeszczą że może jeszcze pograłby w bilarda. Tak właściwie chcą same nie wiadomo czego. Może i ja nie wiem czego chcę podobnie tak jak te dzieci. Czy było fajnie, z pewnością. Odpoczęłam od natłoku obowiązków. Fajnie spędziłam czas z dwoma przyjaciółmi, tylko że z jednym pozostaję w związku. Chciałabym powiedzieć mu że go kocham, a nie tylko odpowiadać ja Ciebie też. Wszystko stanęło trochę do góry nogami. Nie chciałam żeby tak było. A może ja po prostu nie potrafię kochać, lub docenić co daje mi ten człowiek, choć bardzo bym chciała. Może to wszystko wygląda tak dlatego, że zawsze byłam sama i jestem skrajną egoistką. Zawsze poszukiwałam miłości. A gdy ona mnie znalazła nie potrafię tego docenić. Miałam się trochę pouczyć nic z tego nie wyszło. W sumie też miałam trochę popracować nad pracą magisterską i też lenistwo przeważyło. On przeczytał to co napisałam. Może to dobrze. Nie wiem tylko co mam Mu powiedzieć, że to co napisałam jest kłamstwem. Nie. Nie powiem tak bo mam mętlik w głowie. Sama nie wiem czego chcę.

środa, 8 sierpnia 2012

Rozdział VIII- Gej

Pustka w głowie i w sercu, to co było wtedy we mnie, tej nocy kłębiące się w mojej głowie myśli nie pozwoliły mi zasnąć. Nie poszłam do szkoły. Zadzwonił do mnie przyjaciel. Dlaczego Cię nie ma ?- zapytał, czy coś się stąło, może wybierzemy się na pizzę ? Nie nie chcę.-odpowiedziałam łamiącym się głosem. Boże, ile razy mam Ci mówić, że jesteś dobra taka jaka jesteś, nie musisz się odchudzać. Nie chcę-powtórzyłam, jestem zmęczona.  Wyłączyłam się. Wydaje mi się, że taka była prawda, nieprzespana, przepłakana noc sprawiła zapewne, że nie miałam ochoty pokazywać się nikomu na oczy. Spojrzałam w lustro toaletki. Pomyślałam, podkówki na pół twarzy, czerwone oczy, wampir. Jestem jak samotny, smutny wampir. Nic nie mam. Jestem do niczego, wszystko zniszczyłam, jak zwykle. Jak zwykle jestem niedorajdą. Niechciana, nie lubiana, winna. W moich uszach zabrzmiały słowa piosenki Chylińskiej. Nakarm swą ciekawość, daj mi prawo abym ja, mogła Ciebie bawić, mogła Ciebie zbawić,Mogła w końcu zabić Cię, bo kiedy tylko staję się, zbyt ludzka niż byś tego chciał wtedy oto widzisz, że, jesteś tak jak ja, Nie jest źle, ja jestem winna, Dobrze jest,Zawsze będę winna... Zanuciłam, a para z moich ust zrobiła ślad na lustrze. Rozpłakałam się, resztki pudru, które zostały na toaletce, zmieszały się z moimi łzami i utworzyły szarą breję, którą rozmazałam ręką po jasnym meblu. Chyba Przyjaciel czuł, że ze mną jest coś nie tak. Zadzwonił do mnie jeszcze raz. Czy napewno wszystko w porządku. Usłyszał ciszę. Powtórzył pytanie jeszcze raz. Odpowiedziałam, ze łzami w gardle, że nic nie jest w porządku opowiedziałam mu historię z poprzedniego wieczoru. Głos mi się złamał, zaczełam płakać. Zmieszał się. Nie płacz już, powiedział, czy ty jesteś nienormalna, przecież on mógł Cię zabić. Mam nadzieję, że nic Ci nie zrobił. Pokiwałam głową. Lecz Przyjaciel nie mógł tego widzieć. Nie, nic, przecedziłam przez zęby. Wiesz co, czuję jednak, że musimy się spotkać, przyjadę do Ciebie, dobrze zapytał retorycznie.  Nie nie zawracaj sobie głowy, powiedziałam, wszystko ze mną w porzadku, tylko trochę mi smutno, myślałam że to wszystko coś dla niego znaczyło, usłyszałam po drugiej stronie syk : Faceci. .... Młoda, czy ja Ci nie mówiłem, żebyś uważała. Czy ty się z nim przespalaś ? Mieliście chociaż gumkę ? Powiedział umoralniająco. Głupi jesteś, nie uprawialiśmy seksu. Nic nie było. Tak już Ci wierzę, powiedział.  Naprawdę, zaczełam się tłumaczyć. Chyba zmieniłam trochę ton, bo powiedział widzę, że już Ci lepiej, to może jednak przyjadę i przywiozę coś dobrego. Pogadamy. Rozłączył się. Wiedziałam, że przyjedzie. Zawsze jest przy mnie, czy jest mi dobrze czy źle. Czasem razem wychodzimy do knajpy. Nikt mnie nie rozumie, dlaczego zadaję się z gejami. To takie nienormalne. W Polsce nie ma tolerancji. Nie ma tym bardziej akceptacji dla tego środowiska, a przecież rodzimy się z daną orientacją seksualną. Nikt sobie jej nie wybiera. Nikt tego nie tworzy. Przyjaciel jest gejem, ale jest najlepszym człowiekiem jakiego znam. Zawsze gdy potrzebuję jest przy mnie wbrew wszystkim i wszystkiemu. Poznałam go na studiach. Przedstawiła mi go koleżanka, której był sąsiadem, powiedziała To najlepszy człowiek jakiego znam. Spojrzałam na niego na uniwersyteckim korytarzu i uśmiechnęłam się szeroko. Kiwnął głową. Miło Mi. Mi również powiedziałam. Do zobaczenia, może będę u Was studiował od nowego roku akademickiego, jestem na Stosunkach Międzynarodowych, więc to bardzo pokrewny kierunek. Zrobię specjalizację w kulturze europejskiej, ale do tego potrzebna mi jest europeistyka. Zapraszamy, uśmiechnęłam się ponownie. Zostałam sama z książką na kolanach, było późne popołudnie, przygotowywałam się w ostatniej chwili do zajęć. Czytałam denny podręcznik nagryzmolony, przez życiowego niedorajdę, jak mi się w owej chwili wydawało. Jakie to niesprawiedliwe oceniać tak ludzi. Ale taka byłam. W głowie wydawałam opinię na temat ludzi, których nie znałam. Nieidealna. Nienormalna. Całkowicie odrealniona osoba. Ja. Przyjaciel od razu mi się spodobał, był miły, otwarty, trochę jak ja, w wersji męskiej. Niewielki człowiek z wielkim sercem. Może nieidealny. Ale zaistniał w moim życiu od tamtego czasu. Często obecnie dla niego śpiewam, gdy razem wychodzimu podrzeć koty na karaoke. Przyjechał. Przywiózł wódkę. Masz, wsadź do lodówki, napijemy się, jak się schłodzi, może to poprawi Ci humor. Przecież wiesz że nie piję syknęłam przez zęby. To ja się chociaż napiję. A ty możesz popatrzeć, tak jak zwykle. Spojrzałam na niego przenikliwym wzrokiem, przytaknęłam. Dobra. Usiadł. Gadka umoralniająca starszego brata. Rozpłakałam się. Nienormalna jesteś, jeszcze przez takiego palanta płaczesz. Daj sobie spokój. Choć wyjdziemy do klubu, tylko się ogranij, bo siedzieć do osiemnastej w ciuchach z poprzedniego dnia z rozmytym makijażem nie wypada. Nie, nie chcę nigdzie wychodzić. Powiedziałam. Dobrze. Chodź, pokaż mi szafę, zaraz coś dla Ciebie wybiorę. Otworzyłam olchową szafę z przesuwanymi drzwiami w pokoju, który potocznie nazywam garderobą, jest tam tylko szafa okno, które oświetla ten mały pokoik i łóżko, dla gościa, który byłby przypadkowo ponadprogramowy, i nie starczyło by dla niego miejsca w innych pokojach. Łóżko tam stojące, to ciężka stara wersalka, obita szorstką tapicerką w kolorze musztardowej żółci. Usiadł na niej. Przebieraj się już. Masz ta koszulka jest fajna. Wyjął czerwony męski t-shirt z białym napisem Hotter than the Dynamite i załóż to tego te jeansy. Wyciągnąl sprane granatowe jeansy z dwoma dziurami i wieloma przetarciami. I chodź do cholery na spacer. Inaczej nigdy nie wyjdziesz z tego domu.  Odpowiedziałam zza drzwi łazienki, że nie mam ochoty. Nie mędrkuj tylko się ubieraj, powiedział. Wyszłam. Odetchnął, Wyglądasz o niebo lepiej, zbieraj się wychodzimy, podszedł do lodówki wyciągnął wódkę. Chodź. Pakuj tyłek do samochodu, jedziemy na Starówkę.
***
Postawił samochód w ciemnym kącie ulicy przy Rynku. Dawno nie miałeś kapsli na kołach. Mruknęłam. Przestań. Mandat, to nie majątek, a jest ciemno. Myślę, że patafiany nie będą zwiedziać miasta o tej porze. Oj jeszcze się zdziwisz. Pomachałam mu palcem przed nosem. Trudno, nie będę się przejmował w tej chwili mandatem. Powiedz mi co się stało jeszcze raz. Nie chcę o tym gadać. Odpowiedziałam. Jestem głupia i tyle. Liczyłam na coś więcej, a on mnie perfidnie wykorzystał. Straciłam rezon. Zaczęłam szlochać. Chodź do pizzy, mam ochotę na pepperoni z podwójnym serem. Zmienił temat. I nie rycz, bo zaczyna mnie to wkurzać. Miałaś się przecież uspokoić, przyciągnął mnie do siebie. Miałam na sobie jeansy, które dla mnie wybrał, czarną długą kurtkę puchową i czarno-rózowe trampki Nike. Spojrzał na mnie. Nie miałaś lepszych butów ? Zapytał z przekąsem. Zresztą wyglądasz trochę dziwnie, trampki i kurtka puchowa na tą porę roku ? Kobieto, zimno jest, przecież wiesz, że nie możesz się przeziębić. Spojrzałam na bok, śnieg leżał w kącie między kamienicą a brukiem. Trudno, powiedziałam zakładając kaptur od kurtki obszyty brązowym futerkiem z lisa. Nie obchodzi mnie to. Po co żyć ? Jak Ci nic nie wychodzi. Przestań, dobra. Spojrzał na mnie ze złością. Jak to Ci nic nie wychodzi ? Jesteś na dobrym kierunku. Pracujesz, wiele osób marzy, żeby mieć to co ty. Schylił się w kierunku kupki śniegu leżącej nieopodal. Uformował kulkę i rzucił nią przed siebie. Wiesz do czego jestem zdolny ? Uśmiechnęłam się. Nie, nie wiem. Odpowiedzialam nadal się uśmiechając. Nie wiesz? Złapał mnie. I wepchnął w śnieg. Pozbierałam się. Chodź na tą pizzę, bo mi wcale do śmiechu nie jest. Jest mi zimno i w dodatku przez Ciebie, jestem mokra. Przesadzasz. Powiedział. Zdjął szalik z szyji i dał mi go. Masz, okręć się chociaż tym, bo zaraz będziesz leżeć chora. Tak , tatusiu. Powiedziałam z przekąsem. Z jednej strony denerwowało mnie to, że w owym czasie, tak się mną przejmował. Może to ten nastrój wprawiał mnie w zakłopotanie. Dotarliśmy do pizzy. Wnętrze typowe dla sieci. Beżowe skórzane kanapy, drewniane krzesła, pomalowane na ciemnobrązowy kolor, podobnie jak stoliki. Niewielkie lampy oświetlające salę z krwistoczerwonymi ścianam. Na środku sali bar sałatkowy. Duża taca, wysypana zmielonym lodem. Na niej różnorakie miseczki, pełne warzyw, sałatek i surówek. Dodatkowo na każdym z rógów miseczki z sosami. Nad barem, na drewnianej półce, pasującej do wystroju wnętrza, szkliły się butelki z ziołami, zalanymi oliwą z oliwek. Na przeciwko, półeczka z winami. Przy wejściu, mały stolik z dwoma kieliszkami, szklącymi się w blasku lampki, która również oświetlała koszyk, wyłożony kremową serweta,  z lekko pomarszczonymi, od braku wilgoci i z powodu oświetlenia, ciepłym światłem, pomarańczami. Kelner zaprowadził nas do stolika. Przyjaciel wziął moją kurtkę i razem ze swoim pikowanym czarnym płaszczem zawiesił na jednym z wieszaków. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział, zabawnie wyglądasz w tym zestawie. Spojrzałam na niego z politowaniem. Przestań. Mi wcale nie jest do śmiechu. Usiedliśmy w kącie sali, tuż za mosiężnymi wieszkami, pozasłanianymi okryciami wierzchnimi gości. Spojrzał na karty rozłożone z dwóch stron stolika. Na co masz ochotę zapytał. Przecież wiesz, że tu nie jadam, śmieciowe żarcie, powiedziałam. Dobra, to ja wezmę średnią pepperoni, a ty może chcesz chociaż barek? Nie wiem. Nie mam ochoty jeść. Odpowiedziałam. Do stolika podszedł kelner. Ubrany na czarno, miał przyczepioną plakietkę z imieniem do prawej górnej części swojego polo. Tomek. Przeczytał głośno przyjaciel. Proszę przestać sobie żartować. Odpowiedział kelner. Widocznie nie był tego dnia w humorze, zupełnie tak jak ja. Zauważyłam tylko, ze miał brudny bordowy fartuch, być może humor popsuła mu wywrotka z jedzeniem ? Zaczełam się po cichy nad tym zastanawiać. Co państwo zamawiają ? Powiedział. Skinęłam głową w stronę przyjaciela. Pepperoni średnią, sos pomidorowy i barek sałatkowy. Chrząknęłam. Mówiłam ci przecież, że nic nie chcę. To jak? Zapytał kelner. Barek i pepperoni poposzę, tak jak już mówiłem, powiedział przyjaciel. Nic do picia ? Ani żadnego deseru? Narzucił kelner. A tak, dzbanek mrożonej herbaty, tylko nie Ice Tea bo to świństwo, tylko takiej domowej, macie tu taką. A tak tak, powiedział kelner, innej w dzbanku obecnie nie podajemy. To poprosimy dopisać to jeszcze do zamówienia. Zapraszam do barku, tam jest miseczka, może sobie pani sama nałożyć. Dziękuję. Odpowiedziałam. Pracownik restauracji odszedł od naszego stolika. Spojrzałam na przyjaciela. Przecież Ci powiedziałam, że nic nie chcę. Skrzywiłam się. Uspokój się dobra. Dzisiaj ja stawiam. Ale to nie chodzi o kasę, przecież wiesz. Powiedziałam, podnosząc sie z krzesła, i podchodząc do barku. Kilkanaście fajansowych bialych miseczek, na lekko przechylającym się stosiku. Wzięłam jedną. Spojrzałam na miseczki z warzywami, nałożyłam trochę kukurydzy z puszki, groszku, czerwonej kapusty, trochę sałatki bawarskiej i makaronu, sosu czosnkowego i tysiąca wysp, dorzuciłam świeżo wyglądającą marchewkę, która aż się prosiła, aby po nią sięgnąć, niemal czułam jej smak i chrupkość w ustach. W szczypeczki ujełam kilka paseczków selera naciowego i ogórka, rownież pokrojonego w paseczki, położyłam to na mały stosik, który utworzył się z surówek, groszku i kukurydzy. Podeszłam do stolika. Postawiłam pełną miseczkę na środku. Kelner w czasie kiedy mnie nie było. Postawił na ciemnobrązowym stoliku dwa białe, fajansowe talerze, wąski, wiklinowy koszyczek wyłożony dwoma białymi, papierowymi serwetkami, z dwoma zestawami sztućców, składających się z noża i widelca, zrobionego z matowej stali nierdzewnej.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Rozdział VII- Telefon

Spotkałam wielu facetów na swojej drodze. Może nawet zbyt wielu. Czasem wieczorami  myślę o tych zdarzeniach. Wiem, że napewno jestem zmęczona. Myslę, że najbardziej staraniami, o osobę, którą kochałam. Nic nie dały moje słowa. Spotkałam się z Nim jeszcze dwa razy. Odstęp czasowy był dość szeroki, między tymi spotkaniami, nie rozmawialiśmy tak jak dawniej przez telefon. Nie było nic. Pierwszy raz pewnie po około 3 miesiącach od pierwszego spotkania. Droga do tego drugiego, była żmudna. Tamtego dnia poszłam do szkoły, niezbyt zadowolona z życia, zmęczona, wyblakła. Wewnętrzny głos podpowiadał mi że, fakt, iż musiałam wyjść z hotelu popsuł wszystko, że już nic z tego nie będzie. Miałam jednak na uwadze swoje zdrowie, które podobno jest najważniejsze. Byłam niedawno po operacji, i nie chciałam utraty wolności, którą za jej sprawą zyskałam. Teraz już wiem, że wtedy ta godzina rano z Nim, nic by nie znaczyła dla mojej nerki i odstępu czasowego, między jedną dawką leków a drugą. Wtedy jednak, nie byłam tego świadoma. Nie odzywał się przez dwa dni. Było mi smutno, myślałam, że ten wieczór, jednak coś więcej dla niego znaczył, coś więcej, bo ja czulam chemię na odległość. Może to dlatego spędzilam noc, z facetem którego, nawet, dobrze nie poznałam. Do tej pory nie wiem co mnie do niego przyciągnęło. Fatalne zauroczenie, a może kropelka afrodyzjaku w wodzie z ogórkiem ? Trudno mi w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie. Napisałam do niego smsa z pytaniem dlaczego się nie odzywa, nie odpisał, pomyślałam wtedy, że może nie ma czasu, jaka ja byłam naiwna i dziecinna. Czas, wiem jedno, obecnie, jeśli chłopakowi zależy, to znajdzie zawsze czas. Zadzwoniłam do niego wieczorem. Odebrał. Czego chcesz jeszcze ? Nie dość ci? Usłyszałam w słuchawce. Zmieszałam się totalnie. Nic nie zdążyłam odpowiedzieć, usłyszalam sygnał zajętej linii, za pięć minut zadzwoniłam ponownie włączyła się poczta głosowa, z komunikatem, iż nie ma miejsca w pamięci by zostawić na niej wiadomość. Pamiętam, siedziałam w gabinecie rodziców ze spuszczoną głową, skarpetkami ścierając łzy z drewnianej, jasnej, lakierowanej podłogi. Ciepłe światło wypełniało pokój, podkuliłam nogi pod siebie, wygodny, czarny skórzany fotel, nieznacznie odsunął się od biurka, pod ciężarem mojego całego ciała. Jasne biurko ojca i szafka modułowa z Ikei, wypełniała każdą pustkę w pokoju, ale w żaden sposób nie wypelniła pustki w moim sercu. Nie zabiła negatywnych uczuć i odczuć wypełniających moje serce i głowę. Nie wiedziałam co zrobiłam źle. Zadzwoniłam z telefonu matki, odebrał, nie chciał mnie słuchać, opowiedziałam mu jeszcze raz dlaczego zostawiłam go samego w hotelu, powiedziałam o liście, zatrzymał swoje pretensje na chwilę. Zdawał się zastanawiać po drugiej stronie słuchawki. Jaki list, a ten. On nic nie tłumaczy. Mam Cię dość. Rozłączył się, usłyszałam tylko dźwięk sygnału zajętego telefonu. Czułam się jakby ktoś walnął mnie młotkiem w głowę. Dałam spokój. Napisałam jedynie smsa Przepraszam. Czułam się cholernie winna tej całej sytuacji, w tamtym momencie nienawidziłam siebie za to, że wyszłam z tego hotelu. Wyszłam z domu rodziców, poszłam do siebie. Położyłam się w sypialni, jaśminowe meble, w tym samym odcieniu zieleni milczały pośród kwiatków tapety. Położyłam się w ubraniu na łóżku, spojrzałam na lustro jaśminowej toaletki,  by zobaczyć krople łez zmieszane z tuszem do rzęs, spływające po policzkach i zostawiające ślady.  Zwaliłam białą pościel ze złością na podłogę, bezsilna opadłam, na nagi niebieski materac i przykryłam się zużytym, starym brązowo-beżowym kocem. Ułożyłam się na prawym boku dwuosobowego łóżka z wymyślną ramą, pod którym tarzały się sterty kurzu. Ciepłe światło lampy zewnętrznej łagodnie wpadało przez okno do pokoju, przebijając mrok w nim panujący. Cisza. Było bardzo cicho. Nawet psy nie ujadały z niewiadomych powodów. A może, tak mi się tylko wydawało. Przyłożyłam głowę do materaca, łzy same ciekły mi po policzkach, nie chciałam płakać, ale w mojej głowie pojawialy się obrazy z tamtego wieczora. A w uszach brzmiały jego słowa, usłyszane przed momentem w słuchawce telefonu. Mam Cię dość....

niedziela, 13 maja 2012

Rozdział VI-Księżniczki i współcześni rycerze


Od zawsze lubiłam małe dzieci. Sprawiały mi wiele radości. Odkąd zaczęłam udzielać się jako korepetytorka języka obcego, bardzo się do nich zbliżyłam. Nie wiem, czy kiedyś będzie mi dane posiadać swoje. Być może będzie to skrajnie trudne. Zresztą, medycyna idzie do przodu, w dziedzinie prokreacji i planowania rodziny. Dzieci postrzegają świat zupełnie inaczej, niż ludzie dorośli. Widzą nie tylko jeden wymiar ale wiele, i to różnych. Mają swoich niewidzialnych przyjaciół, na prędzce wymyślają histrie, które odzwierciedlają, rzeczywistość je otaczającą, w specyficzny, kolorowy dla nich sposób. Nikt z dorosłych nie pamięta, co myślał kiedy był dzieckiem. Jest to zamknięta dla nas przestrzeń. Czyżby mózg specjalnie pochłania i zaciera wspomnienia z tamtego okresu, a może, jest za słabo jeszcze wykształcony, by móc cokolwiek pamiętać ? Ciekawe. Moi uczniowie bardzo często, są bardziej dojrzali niż reszta. Wynika to prawdopodobnie, ze świata, który ich otacza. Pełen dorosłych, komputerów, elektroniki, która kiedyś nie była tak szeroko dostępna. Dziecko maluje świat. Widzi go bardziej kolorowym, niż jest w rzeczywistości. Ja też taka byłam, póki nie dorosłam. Teraz zaczynam rozumieć meandry szarości i wielo jej odcieniowość. Świat jednak nie jest szary, tylko my dorośli, próbujemy pozbawiać go kolorów. Czemu tak się dzieje, nie mam pojęcia, myślę jednak, że to pęd życia, nadawany nam przez wielkie korporacje, powoduje, że nie znajdujemy czasu na kontemplację, otaczających nas, kolorowych kultur i krajobrazy. Dzieci wyraźnie też, dzielą się nawzajem na dwie wrogie sobie płci. Myślę, że dzieje się to dlatego, że próbują wyrobić w sobie tożsamość. Chłopcy stają się chłopcami, a dziewczynki – dziewczynkami. Ten schemat, wydaje się być, również narzucany przez rodziców. Dziewczynki ubierane są w różowo-fioletowo-błękitne ciuszki, podczas gdy u chłopców domniuje wieczna czerń, khaki, czy klasyczna oliwka. Księżniczki i współcześni rycerze. Chłopiec, który pojawił się w moim życiu ma cztery lata i jest przedszkolakiem. Dzielę dzieci na te wychowane w gronie i otoczeniu tylko i wyłacznie dorosłych i te, które raczej funkcjonują w gronie swoich rówieśników. Pierwsza grupa, to mali, którzy nie boją się ludzi dorosłych, są bardziej otwarci, zaczepiają, są gadatliwi, raczej, nie zajmują ich sprawy małych, za to chętnie wdają się w swoiste dysputy z osobami dorosłymi. Interesują ich książki, komputer, liczenie, czytanie, pisanie, zabawa spada gdzieś na dalszy plan. Umieją funkcjonować, ze swoimi rówieśnikami, ale czasem się w ich świecie gubią, i idą w stronę dorosłości. Taki jest Hubercik. Dziecko, to pomimo swojego małego świata, jest nadzywczaj inteligentne. Spotkałam go w górach, gdzie razem z tatą mieszkają. Przebywałam tam krótko. Tata Huberta pracuje. Hubert dzielnie chodzi do przedszkola. Wstają obaj co rano, z tego samego łóżka. Jeden śpi z drugim, bo jeden i drugi po za sobą na wzajem, świata nie widzi. Mój pseudo pedagogiczny umysł mówi mi, że nie powinno tak być, jako że dziecko powinno, mieć swój własny kąt. Jednak, wiem, że Tata Huberta, nie mógł by sam spać. Hubert, jest dzieckiem, które nie grymasi i nie płacze. Wydaje się być, bardzo dojrzały jak na swój wiek. Żyje jak jego tata, tylko w dziecięcy sposób. Codziennie wstaje wcześnie rano, by zrobić trasę do przedszkola, a więc jego swoistej pracy, potem, bawiąc się z rówieśnikami, czeka do późnego popołudnia, aż tata go odbierze. Resztę czasu spędzają razem. Jeden uczy się dużo od drugiego. Kiedy ich poznałam było zimno. Mogłabyś z nim na chwilę zostać ?-Zapytał. Przytaknęłam kiwając głową. Usiadłam z małym w fioletowym pokoju, na kremowej wykładzinie. Było tam jedynie ciemne, klasyczne łóżko i komoda, oraz porozsypywane zabawki. Pokażesz mi swój świat- zwróciłam się do Huberta. Oj wiesz- powiedział chłopiec-mam tu mnóstwo zabawek. Która jest twoją ulubioną ?-zachęciłam go do rozmowy. Ten wóz strażacki- No proszę, nawet wiesz jak się to konkretnie nazywa.-Tak tak, to proste. Wiesz co, pobawimy się teraz.-Pomyślałam ok. To ty będziesz motorem strażackim-powiedział Hubercik, wręczając mi czerwony motor, zdecydowanie wyglądający na strażacki- a ja będę tym wozem strażackim. To jedziemy do pożaru. Iłu, iłu... zaczął wyć Hubercik, naśladując dźwięk, syreny w wozie strażackim. -Dlaczego się nie ruszasz-przymarszczył brwi-Przecież tam się pali budynek. Zobacz- wyciągnął małą dłoń, w kierunku kąta pokoju. Zaczęłam jeździć plastikowym motorkiem po ramie łóżka. Spojrzał na mnie. No chodź, to pomożesz moim strażakom. - krzyknął chłopczyk. No zobacz, zobacz,- wskazując na ten sam kąt pokoju, powiedział.-Czy nie wiesz, że musicie się pospieszyć, bo zaraz ten budynek się spali. Ruszyłam się w jego stronę z plastikowym motorkiem. Gasimy-krzyknął. Uśmiechnęłam się dobrotliwie, chyba już zapomniałam jak to jest być dzieckiem. A w tym momencie, musiałam się nim stać. Wyobrazić sobie w rzeczywistości pokoju, palączy się budynek, który gaszą panowie strażacy. Złapałam się na tym, że nie potrafię. Mój świat stał się szary, pomimo, że tego nie chciałam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, tego budynku. Nie potrafiłam być małym Wojtusiem, który chciał zostać strażakiem, by pomóc gasić, Hubercikowi, w jego, oczach, i innym wymiarze płonący budynek. Wziełam plastikową zabawkę, podeszłam i usiadłam w kącie pokoju. Gasimy- powiedział jeszcze raz Hubert. Na co czekasz ?- zapytał i wziął mnie za rękę. Nie wiedziałam na co czekałam. Być może na to, że w mojej wyobraźni pojawi się choć zarys płonącego budynku. Zamiast niego, ukazała się tragedia WTC w 2001 r. Złapałam się na tym, że dorosłam, że nie potrafię być prawdziwie infantylna, że nie potrafię się bawić. Pomyślałam -Tragedia. Przestałam być dzieckiem.Ruszając ręką Mały zaczął gasić budynek.-Szy... Szy...Szy... syczał, udając dźwięk wypływajacej z sikawek strażackich, wody. Gasimy... zgasiliśmy ufff....-wykonując gest obtarcia czoła, Hubercik wyraźnie odsapnął. Zaśmiałam się w myśli. Co jeszcze lubisz ?-Spytałam. Wydawało mi się, że rozmowa z maluchem, będzie dla mnie łatwiejsza. Czekoladę i delicje-odpowiedział Hubert.-O patrz, co ostatnio dostałem od taty-zmienił temat. Wyciągnął dziesięć resoraków z worka, ustawionego nieopodal komody na ubrania. Hot Wheelsy teraz wszyscy je mają. A to Mc Queen.-wyciągając czerwony, sportowy wóz. Znasz Auta ?-Znam. -A kto jest twoim ulubionym samochodem ?-Zapytał chłopiec. Zgłupiałam. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Nie znałam bohaterów tej kreskówki, którą oglądałam jakiś czas temu. McQueen- zgadłam. Mój też-odpowiedział Hubert-Ale lubię też Złomka, jest taki śmieszny. Wiesz co dzisiaj robiliśmy- zagadnął mnie Hubert.-Oglądaliśmy atlas. Ja wiedziałem gdzie jest Polska, a inne dzieci nie-zaczął się chwalić. Pogłaskałam go po głowie-To pięknie. Przytuliłam go do siebie. Widziałam, że czuł się komfortowo, siedząc na moich kolanach i czerpiąc moje ciepło. Spojrzał na mnie- Ja już się z Tobą nie spotkam-Powiedział stanowczo. Dlaczego tak sądzisz-zapytałam. Bo nie- odparł Hubercik i się rozpłakał. Ależ Twój tata powiedział, że z pewnością się spotkamy-próbowałam go uspokoić- Nie spotkamy się, i ja już cię nie spotkam -kwilił mały. Przytuliłam go mocniej do siebie. Obiecuję Ci, że przyjadę do Ciebie, nawet jak tata nie będzie chciał przyjechać z Tobą do mnie-Nie przyjedzie i ja Cię już więcej nie zobaczę, i nie będę miał się do kogo przytulić.-płakał. Wszedł Tata. Huberta-skarcił go-Nie męcz Pani.-powiedział Przestań, uspokój się.- Spojrzałam z niezadowoleniem na Niego. Dlaczego karcisz syna?-Spytałam -Czy zrobił coś złego ?- zrobiłam wyraźnie niezadowoloną minę. Nie nic....-wycofał się, chłopczyk wtulił się głęboko we mnie, szukając ochrony. Nie krzycz na niego przy mnie. Nie podoba mi się to. Spojrzał na mnie. Nie neguj moich środków wychowawczych-powiedział stanowczo i chłodno Tata Huberta. Zwróciłam Ci tylko uwagę. -Hubert zdawał się powoli uspokajać. Osmarkał przód mojej czarnego klasycznego T-shirta w którym byłam i pobrudził bucikami ciemnogranatowe jeansy. Przytulił się mocno. Było mi niezwykle. Coś się we mnie zmieniło. Po raz piewszy w życiu poczułam instynkt macieżyński. I to, że za nic na świecie, chociażby krzykiem, nie dam skrzywdzić Małego. Gdy wtulony we mnie, chłopczyk uspokoił się i ja poczyłam wewnętrzny spokój. Tak siedziałam, dziwnie poddenerwowana. Podobnie jak malec, nastraszony przez ojca.

sobota, 12 maja 2012

Rozdział V- Muzyka i środki lokomocji

Muzyka, każdy pokazał mi w niej coś wspaniałego, coś czego sama dotąd nie odkryłam.
Tę artystkę wprowadził do mojej głowy człowiek, którego darzę głębszym uczuciem.

Kolejny zespół, pokazał mi kolega mojego ojca, i sprawił że się utopiłam się w ich utworach. Stało się to, pewnego pięknego dnia, zeszłorocznego lata. Temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Upał zdawał się zalewać otaczający mnie krajobraz. Przyschnięte od słońca trawniki, podkreślały saunę, jaką tworzyła pogoda. Spękana ziemia, warszawski kurz, i ciężkie, przedburzowe powietrze, sprawiały, że nie mogłam oddychać. Wyszłam z ostatniego egzaminu. Zdałam. Dusiłam się w granatowym garniturze i białej bluzce. Ciągnęłam za sobą czarną, małą walizkę, wypełnioną aktami, komputerem. Całość trochę ważyła. Oblał mnie zimny pot. Stanęłam i usiadłam na trawniku. Nie czułam się dobrze. Wyciągnęłam wodę, zdjęłam garnitur i polałam się nią. Zmokła kura. Wzięłam głęboki oddech i wstałam. Założyłam marynarkę. Mój makijaż rozmył się już, przed egzaminem, więc nie przejmowałam się jak wyglądałam w tamtej chwili. Mijałam na chodniku słabych i zmęczonych od upału przechodni. Jedni wędrowali w moją stronę inni w przeciwną. Obraz twarzy wszystkich, wydawał się wyrażać zmęczenie.Dotarłam do najbliższego przystanku. Podjechał autobus. Pełny. Po otwarciu się drzwi, tłum wypadł na ulicę. Pani tam nie wsiada- usłyszałam. Dlaczego?- Czy chce pani przeżyć ? Sauna nie z tej ziemi.- powiedział jeden z wysiadających pasażerów. Tak, tak, sam jedzie w klimatyzowanym pomieszczeniu, a my to co... ziemniaki... -przytaknął drugi. Widocznie moja twarz dostatecznie wyrażała moje złe samopoczucie. Starsza babka, wracająca z zakupów, wytargała zielone torby ekologiczne i postawiła je nieopodal wyjścia z autobusu na chodniku. Pani nie jedzie. Tam jest chyba ze sto stopni, nie da się oddychać. Ugotować się idzie.-Chrząknęła. Spojrzałam na nich, z wyrazem współczucia w oczach. Wszyscy różowi, spoceni, wymęczeni jazdą. Raz kozie śmierć, wsiadam. Autobus, nie opustoszał za bardzo. Wtargałam walizkę przez próg, nowego czerwono-żółtego Mana. Objęłam wzrokiem wnętrze w poszukiwaniu miejsca, wszystkie zajęte. Przebiłam się do okna. Spróbowałam je otworzyć. Nic z tego. Na wyświetlaczu górnym wyświetliła się informacja : Autobus klimatyzowany. Proszę nie otwierać okien. Phy... i tak są zablokowane-pomyślałam. Gorące powietrze objęło moją głowę, zrobiło mi się niedobrze. Zdjęłam marynarkę i przewiesiłam ją przez rączkę walizki. Sama przysiadłam na jej komorze. Autobus ruszył. Walizka przewaliła się a ja razem z nią. Ubrudziłam spódnicę. Trudno-powiedziałam sama do siebie. I tak nie wyglądam dobrze. Spojrzał na mnie pan siedzący blisko żółtego kasownika. Może chcesz usiąść ?- zapytał . Nie, nie, dziękuję.- odpowiedziałam. Choć przez moją głowę przeleciała jak błyskawica, zupełnie inna odpowiedź, ale mężczyzna pytający mnie, zdawał się być już dziadkiem, nie jednego wnuczka. Moje zasady osobiste, nie pozwoliły mi odpowiedzieć inaczej, jak tylko nie, dziękuję. Stanęłam dziarsko przy walizce, opierając się jedną ręką o uchwyt walizki a drugą trzymając na żółtym uchwycie tuż przy kasowniku. Otworzyły się drzwi. Przewiew pomyślałam. Nikt nie wysiadł. Dosiadł się tłum ludzi. Autobus ruszył ponownie zrobiło mi się niedobrze, bo jakiś zatęchły współpasażer, którego woń, zaczęła poruszać nie tylko mnie, ale również resztę moich współpasażerów, sprawił że, przycupnęłam przy walizce, jak najbliżej podłogi. Gdy tylko otworzą się drzwi to wyjdę. Trudno. -pomyślałam. Wcisnęłam przycisk stop, by autobus zatrzymał się na najbliższym przystanku. Przejechał jeszcze kilometr, a ja myślała, że za chwilę stracę przytomność. Otworzyły się drzwi, wybiegłam jak z procy, ciągnąc ciężką walizeczkę. Uf... -pomyśłałam Do domu daleko, ale jest czym oddychać. Cholerny cham. -powiedziałam cicho do siebie, mając namyśli kierowcę. Sam się chłodzi, a ludzie z tyłu zdychają. -prychnęłam głośno. Człowiek, stojący koło mnie na przystanku, uśmiechnął się. Stwierdziłam że kilka metrów drogi pokonam na piechotę, by móc odsapnąć, od krótkiej podróży w mile pachnącym, gorącym tłumie, w autobusie. Ruszyłam, przeszłam przez światła. Słodowiec błysnął się w oddali. Wsiądę do metra pomyślałam, w podziemiach jest chłodniej. Stwierdziłam jednak, że najpierw odwiedzę sklep spożywczy, by kupić chłodną wodę. Cała spocona, zakurzona, z rozmytym makijażem i brudną od kurzu walizką, przeszłam, raz jeszcze na drugą stronę ulicy, by kupić zimną wodę. Weszłam do spożywczego. Dzień dobry- powiedziałam. Kasjerka objęła mnie wzrokiem i skrzywiła się. Poproszę wodę, najlepiej z lodówki. Nie ma- odpowiedziała. To cokolwiek zimnego ?-spytałam, z błagalnym wzrokiem Lody- odpowiedziała ironicznie. Nie, nie- skonkretyzowałam-Coś zimnego do picia.- Nie ma. Lodówka się zepsuła.-odpowiedziała To poproszę wodę niegazowaną.- powiedziałam. Schyliła się  pod ladę, by wyciągnąć półtoralitrową Nałęczowiankę. Położyłam pięć złotych na ladę. -Wzięła, wydała mi resztę- Do widzenia, powiedziałam,wychodząc z nieklimatyzowanego sklepu. Nie dziwię jej się, że miała zły humor, nie wytrzymałabym w tamtym pomieszczeniu cały dzień. Przeszłam kawałek. Dotarłam do przejścia dla pieszych przy Słodowcu. Idę do metra. Tam na pewno jest chłodniej. Samochody zatrzymały się. Kierowca z nowego czarnego BMW z przyciemnianymi szybami, zaczął na mnie trąbić. Prostak- pomyślałam. Starszy mężczyzna, w wieku mojego ojca otworzył okno, wychylił głowę  i krzyknął- Wsiadaj. Pokazałam mu środkowy palec. Uśmiechnął się,schował głowę do środka a ze strony pasażera, otworzyło się okno i wychylił z niego głowę mój ojciec... Moja twarz wyraziła zdziwienie. Wsiadasz czy nie ?-Zapytał śmiejąc się. Przystanęłam. No wsiadasz czy nie, zdecyduj się, bo zaraz zmienią się światła.- powiedział. Tylna klapa, otworzyła się, a ja wrzuciłam walizkę do bagażnika. Wsiadaj szybko- powiedział kierowca. Wsiadłam a klapa zamknęła się sama. Usiadłam i zatrzasnęłam drzwi. Uważaj, to nowa fura- powiedział kierowca. Zapięłam pasy. Przedstawiam Ci Solnego- ojciec zwrócił się do mnie Miło mi- powiedziałam do kierowcy, który zaczął przyspieszać. Oj już nie tak oficjalnie- skomentował moje powitanie Solny. Nie jestem taki stary. Zaśmiałam się. Dlaczego zachowujecie się jak małolaty, zamiast od razu wychylić się i powiedzieć żebym wsiadała- powiedziałam. Bo chcieliśmy sprawdzić jaka będzie Twoja reakcja-powiedział ojciec- zresztą krzycz na Solnego, to on wpadł na ten pomysł, a nie ja. Uśmiechnęłam się dobrotliwie. Solny zaśmiał się. Myślałem, że polecisz na furę. Chciałem sprawdzić, czy mogę na mój najnowszy nabytek, wyrywać młode dupy. Pomyślałam co ty pieprzysz Stary, ale nie powiedziałam tego głośno. To już kolejny gość z kryzysem wieku średniego w gronie kumpli ojca. Dobra, wiesz co ja Ci pokażę, jak działa nagłośnienie w tym samochodzie, a z ojcem skończymy omawiać projekt- zakończył krótką konwersację Słony. Siedząc z tyłu, rozkoszowałam się zimnym powietrzem, wtłaczanym do samochodu, przez klimatyzację. Sięgnęłam po wodę. I przypięłam się. Słony schylił się do schowka, który znajdował się pomiędzy kierowcą a fotelem pasażera i wyciągnął płytę, którą wsadził do samochodowego odtwarzacza. Nacisnął trzy przyciski i z głośników zaczął lecieć miły, moim uszom, dźwięk. Nie wiedziałam co to jest. Pierwszy raz słyszałam tego rodzaju muzykę. System nagłaśniający w tym samochodzie, sprawił że dosłownie 'utopiłam się' w dźwiękach płynących z głośników. Nie przeszkadzało mi nawet, że Panowie, współtowarzysze mojej podróży rozmawiają. A samochód zdaję się pędzić przez ulice miasta. Czysty, nie zmącony, słowami dźwięk, wbijał moje ciało w fotel. To było jak seks. Niesamowite. Jak muzyka może zrobić z kobietą coś takiego. Podrzucili mnie do domu, wysiadłam i zabrałam walizkę, gorąco uderzyło mnie w twarz i ciało, aż zakręciło mi się w głowie, od różnicy temperatur. Panie Słony, co to za muzyka ?Co to za zespół?- Za tego Pana się nie dowiesz- odpowiedział Słony. Proszę...-Nie i koniec, ale podrzucę ojcu do pracowni pendrive ze wszystkimi ich płytami... Może być ?- Uśmiechnęłam się szeroko- Tak dziękuję za podwiezienie i pendriva.- Dobra Młoda, idź bo wyglądasz strasznie blado, a jest ukrop na dworze... Po tygodniu dowiedziałam się co to za zespół wbił mnie w fotel tamtego dnia...
To było dla mnie wielkie odkrycie muzyczne. Po raz pierwszy muzyka sprawiła że dostałam orgazmu. To było wtedy takie realne. Razem z przyspieszeniem samochodu, odpłynęłam na tylnym siedzeniu dla pasażera. Potem oglądając artystycznego pornosa... czyżby znów dysonans, odkryłam może nie tyle ciekawy zespół, co ciekawą piosenkę. Nigdy nie zapoznałam się z całością twórczości tego zespołu, w przeciwieństwie do twórczości, wymienionego wcześniej zespołu. 
Pomyślałam, że z pewnością, chciałabym kiedyś to zaśpiewać swojemu ukochanemu. Piosenka ta jest mocno erotyczna, i to nie dlatego, że połączona była i zapewne, tak ją mój mózg łączy, z artystycznym pornosem, a przez sam fakt, w jaki sposób jest napisana i wykonana. Z czasem zaczęłam słuchać typowego Erotic Lounge. Nie wiem, jednak, czy mogę piosenkę powyżej, zaliczyć do tego stylu, na pewno ma coś z niego w sobie. Odkryłam potem, jeszcze te dwa utwory a z pierwszym zespół Cafe del Mar.

Dziś siedząc i czytając wiadomości na Onecie znalazłam jeszcze coś ciekawego. Otóż, zawsze miałam do czynienia z newsami typu pudelek.Wielokrotnie czytałam o zespole Gossip i Pannie Ditto. Zawsze przedstawiano ją tam w negatywnym świetle, ze względu na jej Wielmożną Wielkość. I fakt bycia otyłym. Tak. Otyłość, nie jest w świecie polskiej rozrywki dobrze postrzegana. Nigdy jednak, wcześniej, nie zapoznałam się z jej utworami. Dziś jednak to ona, natchnęła mnie do napisania tego postu i przytoczenia fragmentów piosenek, które dobrze mnie przedstawiają jako osobę, bo podobno muzyka, którą słuchamy opisuje nas, i naszą dojrzałość. Ja z pewnością, wyrosłam już z Lady Gagi czy wcześniej istniejącej Britney Spears i weszłam na wyższy poziom muzycznego gustu, być może właśnie przez moich facetów. Przez facetów, którzy mnie otoczyli. I w prowadzili w świat intymności ? A o to kawałek, który mnie nastroił do, przedstawienia Ci Drogi Czytelniku, moich wyborów muzycznych... Być może, to nie sam kawałek, a teledysk do niego stworzony. Dla mnie, jest to połączenie muzyki i twórczości Roisin Murphy, przywołanej na początku postu i PianoChocolate, a także, jeśli spojrzymy, na teledysk, Cafe del Mar, Touch and go i Hess is More.








czwartek, 10 maja 2012

Rozdział IV- Sposób na kłopoty.


Otaczący mnie ludzie wydawali się być tacy obcy po tej nocy. Sama nie wiem, co się stało .. Z pewnością coś we mnie pękło. Stałam się bardziej otwarta. Być może, On sprawił, że po raz pierwszy w życiu, poczułam się kobietą. Był to pierwszy facet, których chciał ze mną być. Od tamtego razu, już nie traktowałam płci przeciwnej, jedynie jak kolegów. Zaczęłam na Was, drodzy Faceci patrzeć bardziej jak na  na obiekty seksualne. Poczułam się doceniona. Po raz pierwszy w życiu. Przykre Drogi Czytelniku, że musiał to uczynić człowiek całkiem obcy, dla mnie. Teraz, czasem próbuję sobie uświadomić momenty, w których była doceniona przez rodziców. Nie pamiętam, by mnie przytulali. Jedyny obrazek, który jestem w stanie sobie uświadomić, to moment moich 18-urodzin, kiedy to po raz pierwszy w życiu, ojciec mnie przytulił. Nie potrafię dać odpowiedzi, na to co kierowało moimi rodzicami przy moim, całkowicie chłodnych chowie. Wychowanie to doprowadziło mnie, jedynie do braku akceptacji samej siebie. Do tej pory, pomimo osiągnięcia celu, jakim była zmiana swojej sylwetki i podreperowanie zdrowia, mam z tym poważny problem. Brak akceptacji dla siebie, spowodował, że pewnego dnia osiągnęłam stan, w którym zaczęłam sobie z tym radzić, w inny sposób, od którego po dziś dzień, nie mogę się od niego uwolnić, szczególnie w chwilach, w których życie, nie dostarcza mi powodów do radości. Rodzina. Ciągle czułam się odrzucana. Być może, choć nie wiem, na ile to jest prawda, zaczęło się to, kiedy pojawiła się moja siostra. Można by powiedzieć, że to syndrom starszego dziecka. Wydaje mi się, że w żaden sposób, nie potrafię odnaleźć w swojej sytuacji, jego klasycznych objawów. Rodzice zdawali się być ciągle zapracowani. Teraz, czasem jak patrzę, na małe dzieci, które mnie otaczają, odnajduję w ich oczach ciepło, dawane im przez rodziców. Taką miłość wspólną, która gdzieś tam funkcjonuje. Ja... byłam zimna, wobec rodziców, tak jak i oni byli zawsze zimni dla mnie. Nie przypominam sobie, momentu, w którym oprócz osiemnastki ojciec mnie przytulił. Nie dostawałam, też zawsze tego, co chciałam, więc nie mogę zaliczyć się do osób rozpieszczonych pieniężnie. Nie byłam rozpieszczona, również, uczuciowo, co z perspektywy czasu i w oczach ludzi wydaje się być dziwne. W co uciekałam... sama nie wiem. Zawsze byłam od czegoś uzależniona. Gdy byłam mała dłużej niż inni ssałam dwa palce, potem zaczęłam w nerwowych chwilach obgryzać paznokcie, co po dziś dzień robię, a reprezentatywność mojej dłoni, tworzą jedynie tipsy. Moje paznokcie są brzydkie i poorane, a blaszka paznokciowa nietypowo mała. Potem uciekałam w telewizję i internet. Nigdy nie piłam alkoholu i nie paliłam papierosów, zawsze wydawały mi się one nie pasujące do mnie. Jednak w miarę upadku do zera mojej samoakceptacji, zaczęły roznąć moje problemy. Brak zrozumienia dla siebie, spowodował, że zaczęłam się odchudzać. Mało wymierne rezultaty, skierowały mnie ku sobie, ku własnej osobie. Zachowanie rodziców, problemy osobiste i zdrowotne, a także, jednak brak rówieśniczej akceptacji i zaistnienia w oczach swoich męskich rówieśników, wywierał na mnie ogromny wpływ. Na mnie i na to kim byłam. Do zwykłej diety i ćwiczeń ruchowych dorzuciłam wymioty i Furosemid. Waga drgnęła, do dołu, ojciec jak miał to w zwyczaju, krzyczał na mnie bez powodu, ponadto, zdarzało się mu wielokrotnie podnieść na mnie rękę. Moja rodzina nie jest patologiczna, a każdy, kto patrzy na Nas z boku, widzi obraz rodziny idealnej. Nic z tego obrazu nie zostaje, gdy zajrzy się do jego wnętrza. Moi rodzice przez dwójkę moich najlepszych przyjaciół, są oceniani tylko jednym przymiotnikiem, dziwni. Nigdy mnie nie wspierali, starali się, jedynie wywołać presję. Presję, która miała spowodować, że będę lepsza w szkole, zacznę na siebie zarabiać, że będę lepsza we wszystkim od innych. Zapomnieli, że będzie się to tyczyło także mojej samoakceptacji. Chciałam być co raz lepsza. Nie starałam się w tym znaleźć złotego środka. Raczej, odnajdywałam jedynie dążenie do doskonałości za wszelką cenę i zabijanie samej siebie, poprzez narzucanie sobie, co raz to wyższych do osiągnięcia schematów. Myślałam, wówczas że, jeśli osiągnę tą, niemożliwą, co w chwili obecnej wiem, doskonałość i zostanę ideałem opiekunów, to oni mnie choć raz przytulą. Nie przytulali, jedyne co dostawałam to bury, za złamanie w jakikolwiek sposób czegokolwiek. Jaskrawy przykład daje historia o regulowaniu mi dostępu do picia. Co działo się od zawsze. Zazwyczaj kiedy pragnęłam się więcej napić niż szklankę, ojciec bardzo mocno mnie karcił, doszło do tego, że ukrywałam, kupowane przez siebie, butelki wody i piłam nocami. Od tego również zaczęły się kłamstwa i działania zmierzające, do ukrycia tego co robię. Najpierw obejmowały same picie, w tej chwili, rodzice nic zupełnie o mnie nie wiedzą, i nie zamierzam ich w żaden sposób uświadamiać. Uważam zresztą że, nie są do tego uprawnieni. Mając 18 lat, wyprowadziłam się z domu, i od tego czasu, praktycznie rzecz ujmując, odwiedzam ich tylko, gdy mam potrzeby finansowe, którym nie potrafię sama podołać. Matka wydziela mi pieniądze, nawet wówczas, gdy wie, że z powodu choroby nie mogę pracować. Nie żądam od nich wysokich sum, a jedynie takie, które pozwolą mi pokryć koszty abonamentu telefonicznego raz na miesiąc, resztę wydatków całkowicie pokrywam ja. I tak uważam, że nie powinni wchodzić w moje życie, bo przestali się już dawno mną interesować. ...

wtorek, 8 maja 2012

Rozdział III- Odrzucenie

9. Nadal nie było mnie w domu. Pomyślałam, że coś mnie trafi. Korki do centrum, ale z centrum o tej porze. Nielogiczne. Siedziałam jak na szpilkach. W domu czekały na mnie leki, które powinnam była wziąć już ponad godzinę wcześniej. Jeszcze wtedy żyłam w pełnym przeświadczeniu, że brak rygorystycznego przestrzegania zalecanych godzin skończy się dla mnie co najmniej marnie. Więc zawsze starałam się być w tej czynności punktualna. Tym razem los chciał, że wychodząc w pośpiechu z domu, nie wzięłam porannej dawki tabletek ze sobą. Dlatego musiałam od Niego tak szybko wyjść. Wtedy opuszczając pokój, czułam niedosyt. Chciałam zostać, ale uciekłam jak Kopciuszek. Zostawiając jedynie list. Nie wiem jakby potoczyła się dalej moja historia, gdyby nie zamknięcie za sobą drzwi hotelowego pokoju. Śpieszyłam się. Wiedziałam, że już jestem spóźniona. Bezpieczeństwo, które dał mi On, mnie opuściło, teraz pozostawał tylko strach przed uciekającym czasem. I myśli. Wtedy jeszcze w głowie roiło mi się, że on do mnie zadzwoni. Że będzie się starał. Teraz wiem ,że było to głupie. Satysfakcję z tej nocy najwidoczniej czerpałam tylko ja. On, najprawdopodobniej chciał zapomnieć. Leżał z nagą kobietą i nie wykorzystał tego. Czasem nawet potem, zastanawiałam się, jaką wersję wydarzeń usłyszał jego najlepszy przyjaciel. Nigdy, potem, o to nie pytałam. Dotarłam do domu, by zaraz potem zacząć zbierać swoje rzeczy i udać się na uczelnię. Z powrotem stałam, zmęczona zarwaną nocą, pośród ciepło ubranych ludzi. W głowie było już cicho. Żadna myśl nie splamiła, wtedy wyrazu mojej twarzy. To zmęczenie uciszyło wszystko wokół. I ludzi i mnie, wsłuchiwałam się w bicie serca z głową opartą, o zwieszone ramię, ręki, którą trzymałam się górnej poręczy starego Ikarusa. Nic się nie zmieniło, jak codzień podążałam do szkoły. Potem nie myślałam już o niczym, jedynie, pod pozorem uwagi, drzemałam na krzesło-biurku, których to pełno na Uniwerku.